niedziela, 23 listopada 2014

Czy było warto kupić MacBooka? [pierwsze wrażenia, aktualne jak zeszłoroczny śnieg]


Od razu na wstępie odpowiem na postawione w tytule pytanie:

Tak, było warto. 

Widziałem, co brałem, ale przyznam, że kupując nie spodziewałem się, że aż tak mi się spodoba. W tej chwili nie wyobrażam sobie powrotu do Windowsa. Nie powiem, korzystanie z Siódemki na stacjonarnym PC wciąż jest całkiem przyjemne, ale to dzięki specyfice obsługi, która jest zupełnie inna niż w przypadku laptopa.

A czy poleciłbym MacBooka komuś innemu?


Oczywiście.

...ale wiadomo, że nie jest to sprzęt dla wszystkich.

Głównie nie dla graczy i wszelkich power userów lubiących konfigurować i majstrować w systemie. Również webmasterzy, programiści i wszyscy potrzebujący „do życia” specjalistycznych aplikacji, często dostępnych jedynie na ruskich forach na pewno nie będą zadowoleni.

Zawsze mówiło się o Macach, jako o sprzęcie dla grafików, projektantów i architektów, czemu się w sumie bardzo dziwię, bo 3DSMaxa, ani Corela na OSX nie ma i nie będzie, a działający AutoCAD wyszedł dopiero dwa lata temu. Według mnie jest to komputer dla zwykłych użytkowników ceniących sobie dobre wykonanie i niezawodność.

Wielu ludzi przy kupnie laptopa nawet nie pomyśli o MacBooku, a to przede wszystkim z powodu jego ceny. Zgadzam się, jest za wysoka, jak na Polskie realia. 

Sam też bym nie kupił go ot tak, choćby dlatego, że dobrze mi się „pracowało” na Windows 8. Uważam nawet, że Microsoft wreszcie zaczął rozumieć, na czym polega obsługa komputera, co Apple z resztą wiedziało już dawno. Dlatego też, kiedy straciłem swoją maszynę, od razu pomyślałem o Macu, zwłaszcza że jabłkowego systemu spróbowałem już na moim starym Samsungu R510, gdzie był zainstalowany w dual boocie ze wspomnianą wcześniej Ósemką (kosztowało mnie to kilka zarwanych nocy, a i tak nie wyszło za dobrze).

Jak wcześniej wspomniałem MacBooki są strasznie drogie, dlatego też swoją sztukę kupiłem przez allegro. Przy odrobinie cierpliwości można za trochę ponad tysiąc złotych wyrwać całkiem niezły sprzęt. W moim przypadku padło na wersję Unibody z 2008 roku (late 2008, jakby to powiedział rasowy fanboj) — czyli tą z już aluminiową obudową, ale jeszcze bez podświetlanej klawiatury…



Warto tu wspomnieć, że są trzy serie MacBooków:
  • Zwykłe — Takiego mam ja. Teoretycznie najsłabsza seria przeznaczona dla niewymagających użytkowników.
  • Pro — Mocniejsze, większe, dla specjalistów, np: grafików, albo po prostu kogoś, kto ma ciut większe wymagania.
  • Air — Mniejsze, lżejsze, cieńsze, najdłużej trzymające na baterii. Idealny sprzęt dla tych, którzy chcą mieć wydajnego notebooka o rozmiarach netbooka.
Trzeba zaznaczyć, że MacBook = OS X. W chwili pisania tego tekstu był w najnowszej wersji Moutain Lion, ale teraz pracuje już na niedawno udostępnionym Yosemite (po drodze był jeszcze Mavericks). Każda kolejna wersja wniosła parę nowych zalet i o dziwo nie zdezaktualizowała obecnych. 

Można też używać systemu operacyjnego konkurencji, a nawet kilku, bo OS X w przeciwieństwie Windowsa natywnie posiada program do ich instalacji (nazywa się Bootcamp). Chcąc mieć dual boota nie musimy już wzywać informatyka i męczyć się pół dnia. System sam wyszuka i dobierze odpowiednie sterowniki. Zastanawiałem się nad wgraniem obok Windowsa 8, ale po namyśle z tego zrezygnowałem. Na razie nie widzę takiej potrzeby.

Co piszczy w środku?

Pierwsze WOW — wygląd i wykonanie
Taaaaaak! Zabawa sprzętem Appla, to orgazm dla oczu. Ze wszystkich laptopów, które miałem okazję dotknąć, MacBooki były zrobione zdecydowanie najlepiej. Jednolita, aluminiowa obudowa zostawia daleko w tyle wszelkie plastikowe składaki. Nawet nie ma porównania. Nic nie trzeszczy, nie stuka, a jedynym plastikowym elementem jest szybka chroniąca ekran, którą i tak zaliczę na plus, bo większość windowsowego sprzętu w ogóle takiej nie posiada i goła matryca jest wystawiona na pastwę czynników zewnętrznych. Jest nawet gumowa uszczelka wokół ekranu grubości mniej więcej milimetra. Dzięki temu przy zamykaniu laptopa góra nie rysuje o dół, a klawiatura nie dotyka ekranu — zadbali o każdy detal. Brawo! 

Do pełni szczęścia zabrakło podświetlanej klawiatury i matowej matrycy, ale odblaski i tak są niewielkie. Tak dopracowana obudowa po części usprawiedliwia cenę produktu. Sporadycznie widywałem podobnie wykonane laptopy konkurencji. Ich cena wcale nie odbiegała od cen MacBooków.

To samo tyczy się również systemu. Zaprojektowany został niemal idealnie. Design okien, docka, czy ikon zdecydowanie trafia w mój gust. Jest o niebo lepiej niż na Windowsie, który dopiero od niedawna zaczął wyglądać dobrze. Co ciekawe nawet aplikacje na OS X tworzone przecież przez niezależnych deweloperów są ładnie zaprojektowane i wpasowują się w interfejs systemu. To akurat zasługa dużej selekcji w AppStore i restrykcyjnej polityki firmy.
Drugie WOW — gesty
Obsługa za pomocą gestów — fenomenalne! Wielki touchpad MacBooka ma tylko jeden klawisz (lewy) i nie potrzeba więcej! Prawdę mówiąc zastanawiam się, po co w ogóle przyciskać, skoro cały system obsługuje się za pomocą gestów multitouch?
Dostępnych mamy kilkanaście różnych gestów. Przyznam, że bałem się tych najbardziej skomplikowanych (wymagających użycia czterech palców), ale w parę godzin opanowałem wszystko na tyle, że stosuję je po prostu automatycznie.

Bardzo miłą niespodzianką było to, że działają one również w niezależnych aplikacjach. I tak, na przykład w przeglądarce przesunięcie dwoma palcami w poziomie to przełączanie się między poprzednią/następną stroną, ale już w odtwarzaczu wideo ten sam gest oznacza przewijanie w przód/tył.

Trzecie WOW — Keynote
Jednym z powodów, dla których kupiłem MacBooka jest iWork. Zdecydowanie wolę pakiet biurowy Appla od naszego rodzimego Offica, a w szczególności ubóstwiam program do tworzenia prezentacji — Keynote, odpowiednik dobrze znanego Power Pointa.

Nie ma co się rozpisywać. Prezentacje spod znaku jabłka wyglądają po prostu dużo lepiej, a dodatkowo ich zrobienie zajmuje mniej czasu. Grafiki, przejścia i animacje są dużo ładniejsze i mają tą lekkość, której brak konkurencji. Wprawdzie Power Point 2013 to już krok w dobrym kierunku, ale przed nim wciąż jeszcze daleka droga, zanim jego prezentacje zaczną być efektowne, a nie tylko efekciarskie.

Warto jeszcze wspomnieć o inspektorze — specjalnym asystencie dostępnym w każdym programie pakietu iWork (i nie tylko tam), skupiającym w sobie najważniejsze funkcje, tak byśmy nie musieli szukać ich po menu. 



Oprócz tego jest też parę rzeczy, które mile mnie zaskoczyły, ale nie wywołały opadu szczęki: 

Czcionki

Osobny punkt należy się czcionkom. Na Windowsie zwykle używamy dwóch — Arial i Times New Roman. Pozostałe są brzydkie, albo nie obsługują polskich znaków. Na Macu mamy o wiele większy wybór, a już standardowa Helvetica estetyką przewyższa to, co mamy w Wordzie. Tak, wiem że jest bardzo podobna do Arial, ale to „prawie” robi wielką różnicę.


Do tego nawet w tych bardziej wymyślnych fontach udało mi się z powodzeniem wstawić „ą” i „ę” i to nie tylko w Pages (odpowiednik Worda), ale we wszystkich programach na Macu. Jeśli mamy zainstalowaną w systemie jakąś czcionkę, to nie ma znaczenia, gdzie jej używamy.


Głośniki

Są i grają bardzo dobrze. To już nie jest ten płaski, przytłumiony dźwięk brzmiący, jakby wydobywał się z telefonu. MacBook gra czysto, głęboko i po prostu dobrze. Do głośności też nie mam zastrzeżeń. Nie miałem wcześniej do czynienia z notebookiem, który tak dobrze nadawałby się do słuchania muzyki. 

Porządek

MacOS jest przemyślany i uporządkowany. Na wierzchu mamy te opcje, których rzeczywiście potrzebujemy, natomiast cała reszta jest dobrze ukryta. Instalując jakiś program nie musimy się martwić o fragmentację dysku, czy rozrost katalogu systemowego. Aplikacje nie zajmują całych folderów, tylko ograniczają się do pojedynczych ikon, których usunięcie (równoznaczne z deinstalacją) nie pozostawia na dysku żadnych śmieci.


Legalne Torrenty

Tak! Na MacOS, jak i na Linuxie da się pobierać bez uploadu, a więc nie łamiąc prawa. Najpopularniejsze klienty sieci P2P na Windowsa (np: utorrent) nie posiadają tej funkcji i szczerze mówiąc mnie to nie dziwi. Gdyby tak wszyscy pobierali, a nikt nie udostępniał, umarłaby sieć torrent. Oczywiście udało mi się również pod Windows znaleźć klienta blokującego upload, ale z uwagi na dobro sieci torrent nie podam jego nazwy:) Mam również złą wiadomość dla ciekawskich: Google też tego nie zrobi.


W ogóle Apple genialnie rozwiązało problem piractwa. Żeby mieć ich system, trzeba kupić ich laptopa, który kosztuje tyle, że zysk pokrywa ewentualne straty spowodowane piractwem. Zauważyłem też, że zainstalowanie crackowanego programu na MacOS jest znacznie łatwiejsze niż na Windows.

Co może wkurzać?

Klawiatura

Tak, jest bardzo wygodna, ale ma pewien element, który jest nie tyle irytujący, co może wręcz doprowadzać do szału. Na MacBooku rolę Ctrl pełnią dwa klawisze Cmd i niestety umieszczone są tam, gdzie zwykle mamy Alt, czyli tuż przy spacji (po obu jej stronach). Efekt jest taki, że przy szybszym pisaniu np: zamiast kombinacji Alt+A, co da nam „ą”, wciskamy Cmd+A czyli „zaznacz wszytko”. Nietrudno się domyślić, że często skutkuje to przypadkowym usunięciem całego tekstu.


Z pomocą przychodzi nam program do mapowania klawiszy, który wyłącza prawy (lub lewy, zależy jak komu wygodnie) Cmd, lub po prostu zmienia go w Alt. Domyślnie startuje wraz z systemem i nie powoduje spadku wydajności. Nazywa się KeyRemap4MacBook i był pierwszym, co zainstalowałem.



Powiększanie okien

Windows przyzwyczaja nas do tego, że po kliknięciu „maksymalizuj” okno programu zajmuje cały ekran, ale na dole wciąż widoczny jest pasek zadań. W MacOS zamiast tego jest opcja „fullscreen”, która sprawia, że okno „zagarnia” dla siebie każdy skrawek ekranu, a pasek zadań oraz dock znikają. Między programami pracującymi w tym trybie można się przełączać za pomocą gestów. Na Windows jest to zupełnie inaczej rozwiązane i ciężko było mi się przestawić.


Gniazda, przejściówki i kompatybilność

To może być realny problem. Ze standardowych złącz, MacBook posiada tylko USB, mini jacka i ethernet, brak natomiast DVI, HDMI, czy D-Sub. Zamiast tego jest jakieś maleńkie gniazdo, które nie wiadomo, do czego służy… Aby móc podłączyć laptopa do rzutnika lub telewizora konieczny jest zakup odpowiednich przejściówek. Jest to o tyle kłopotliwe, że oryginalne kosztują około stu złotych. 


Dodatkowo starsze MacBooki (a więc i mój) nie przesyłają dźwięku do telewizora po HDMI lub DVI. Żeby puścić z laptopa na TV film z głosem potrzebny jest drugi kabel na mini jacka.
Również kompatybilność z urządzeniami konkurencji jest znikoma. Telefon z Androidem będzie widoczny jako pen-drive dopiero w specjalnej aplikacji (Android File Transfer), a żeby zrobić cokolwiek z Lumią, trzeba postawić Windowsa na wirtualnej maszynie (lub BootCampie). Tak, jest aplikacja do synchronizacji, ale niestety jest strasznie niestabilna i do niczego się nie nadaje.

MacBooki słyną z długiego czasu pracy na baterii. Moja akurat jest już strasznie zjechana i działa około godziny. Przy tym laptop grzeje się jak każdy inny. Co ciekawe, nie znalazłem w nim szczelin głośników, ani też wylotów ciepłego powietrza. Podejrzewam, że rolę radiatora pełni aluminiowa obudowa, która odprowadza ciepło z nagrzanych podzespołów.

Przejście na inny system operacyjny może rodzić problem z kompatybilnością aplikacji. Zainstalowanie Windowsa nie zawsze będzie rozwiązaniem, bo wiąże się ze spadkiem wydajności (czyli w nic sobie nie pogramy). Jednak większość popularnych programów z systemu Microsoftu ma tu swoje odpowiedniki lub nawet wersje na ten system. I tak bez problemu zainstalujemy Google Chrome (szybsza, ale mniej stabilna od systemowej Safari), do oglądania filmów posłuży nam VLC Media Player, a torrenty pobierzemy dzięki Transmission. 

No i nic nie zastąpi głupich min ludzi, którzy myślą, że mój laptop naprawdę kosztował parę tysięcy:)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz